Fotorelacje

Słowiński Park Narodowy – w poszukiwaniu pralasu

12 kwietnia 2016

W poprzedni weekend ruszyliśmy wraz z moją dziewczyną Asią z delegacją do Słowińskiego Parku Narodowego. Na kilkugodzinną wycieczkę z Sopotu zdecydowaliśmy się głównie ze względu na fantastyczną pogodę oraz na fakt, iż ostatnio głośno zrobiło się o odsłoniętych przez morze pozostałościach lasu sprzed kilku tysięcy lat, czyli tytułowym pralesie.

Podróż zaczęliśmy się o godzinie 7.30 od startu silnika w dolnym Sopocie. Dotarcie na miejsce zajęło nam nieco ponad 2h. Miejsce rozpoczęcia naszej wędrówki zaplanowaliśmy na leśnym parkingu znajdującym się przy północno-wschodnim krańcu jeziora Dołgie Duże (parking zaznaczony na zdjęciu mapy). Pora startu okazała się odpowiednia, ponieważ jak zajechaliśmy na plac to nie było tam żadnego innego samochodu co mogło sugerować, że na trasie będzie pusto. Sprawdziliśmy szpej, wrzuciliśmy plecaki i wystartowaliśmy czarnym szlakiem w kierunku plaży. Pierwsza część naszej trasy okazała się bardzo ładnie oznaczona. Szlak z dwóch stron ograniczony był liną, więc szansa na zabłądzenie sprowadzona praktycznie do zera. Po krótkim marszu po piaszczystej ścieżce zobaczyliśmy pierwszą wydmę. Po wejściu na nią okazało się, że dotarliśmy już do plaży. Wejście na nią zdobi deska z napisem “Smołdzino 6km” wycelowana w kierunku, z którego przyszliśmy. Pierwsze wrażenie – plaża jak to plaża – dużo piasku, trochę kamieni i mewy nad głowami. Gdy jednak zaczęliśmy iść w kierunku południowo-wschodnim (albo jak ktoś woli – w lewo) sytuacja zaczęła się zmieniać. W pewnym momencie plaża robi się naprawdę szeroka i bije na głowę tą obecną np w Sopocie. Nie minęło więcej niż 30min aż naszym oczom zaczęły ukazywać się pnie drzew wystające z piasku. Jest ich całkiem sporo i mają różną wysokość (przy największym z nich dziarsko pozuję). Pokryte są w dużej mierze czarnym nalotem, jakby sadzą. Jest to związane z teorią, która głosi, że tereny Słowińskiego Parku Narodowego były niegdyś porośnięte gęstą puszczą dębową, która została pochłonięta przez pożar kilka tysięcy lat temu. Są one rozsiane po plaży na przestrzeni kilkuset metrów i trzeba przyznać, że robią wrażenie. Należy również zaznaczyć, że zainteresowanie pralasem z Mierzei Gardnieńskiej wzrosło po publikacji zdjęć pracowników Słowińskiego Parku Narodowego, ale samo zjawisko jest znane przez “lokalsów” od dawien dawna. Po kilku chwilach podziwiania pradawnej flory udaliśmy się dalej w kierunku, w którym zmierzaliśmy. Znalezienie wyjścia z plaży (zielonego szlaku) wymagało odrobiny spostrzegawczości, ponieważ tablica z drogowskazem była przysypana przez piasek. O poszukiwanym przez nas wyjściu informował jedynie słup z symbolem szlaku. Krajobraz w tym punkcie zmienia się bardzo gwałtownie. Gdy tylko wdrapiemy się na wydmę widzimy gęsty las, zaczynający się kilka metrów dalej. I w tym momencie zaczęła się, według mnie, najlepsza część naszej wyprawy. Las Słowińskiego Parku Narodowego jest po prostu niesamowity. Bardzo gęsty, zdominowany przez sosnę las mieszany robi ogromne wrażenie. Pomiędzy drzewami rozpostarty jest dywan z mchu. Pierwsza myśl – chciałbym tutaj zamieszkać! Przynajmniej zaszyć się na kilka dni. Ale nie, nie wolno, toż to przecież park narodowy – przypomniałem sobie dopiero po chwili. Zielonym szlakiem szliśmy aż do momentu, gdy przed nami wyrósł wielki drogowskaz kierujący nas na Czołpino oraz Rowy w przeciwnym kierunku. My wybraliśmy pierwszą opcję i od tej pory nasza trasa przebiegała wzdłuż czerwonego szlaku. Na tym etapie las ciągle nas zachwycał. Najlepsze było w nim to, że zmieniał się dosłownie co 200 metrów. Co rusz, zupełnie inna sceneria. Po chwili marszu czerwony szlak zbliżył się do brzegu jeziora Dołgie Duże. Okolica nosiła wyraźne ślady obecności bobrów. Staraliśmy się wypatrzeć jakiegoś delikwenta, ale niestety, nie udało się żadnego sfotografować. Po jakimś czasie szlak odbił od jeziora i zapuściliśmy się z powrotem w głąb lasu. I znowu rozpoczęły się zmiany krajobrazu co krok, jak w kalejdoskopie. Raz bagno, raz sosnowy zagajnik, a potem mieszana gęstwina grubo podszyta mchem. Krajobraz przerzedził się dopiero pod koniec naszej wycieczki, gdy byliśmy już niedaleko punktu, w którym zaczynaliśmy. Pętlę zamknęliśmy na parkingu, który w przeciwieństwie do tego co zastaliśmy rano, był kompletnie zapełniony przez samochody. Wśród rejestracji królowały oczywiście te z Lęborka oraz Słupska. Silnik odpaliłem z poczuciem niedosytu i myślą, że koniecznie trzeba tu wrócić.

Cała wycieczka (bez dojazdów) zajęła nam około 4 godzin. Założenie było takie, że się nie spieszymy, napawany się widokami i robimy tyle przerw ile dusza zapragnie. Pralas, czyli główny cel naszej wyprawy na pewno nas nie rozczarował. Gdyby jednak ktoś zapytał, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to zdecydowanie postawiłbym na las, którym przyszło nam wędrować. Każdemu, kto nie miał jeszcze przyjemności poznać tych terenów, szczerze polecam odwiedzenie Słowińskiego Parku Narodowego.

Piotr

Zobacz także

2 komentarze

  • Reply Jabol 23 maja 2016 at 17:09

    Bardzo fajny ten Wasz blog! Piękne zdjęcia, ciekawe teksty, jest klimat… Nawet czcionka jest wysmakowana! 🙂 Bardzo ładne okolice macie wokól Trójmiasta, pozazdrościć.
    Pozdrawiam z płaskiego i nudnego Mazowsza.

    • Reply zlasowani 24 maja 2016 at 11:18

      Taki komentarz napędza do dalszego działania! Dzięki!:) Rzeczywiście, Trójmiasto i jego okolice są świetnym miejscem do mieszkania jak i leśnego bytowania:)

    Odpowiedz