Fotorelacje

Z czeczotą w plecaku

8 lipca 2016

Ostatnio coś lubimy organizować wypady we wtorki. Czemu tak jest? Sami nie wiemy, jakoś tak wychodzi. Plan na ten wypad był następujący – krótki marsz, koło 16 km, a potem nocka. Tym razem była nas trójka ponieważ dołączył do nas Martyn z 3City Tactical. Wystartowaliśmy z lekkim opóźnieniem, głównie ze względu na dodatkowe zadania w pracy, więc pierwsze kroki na szlaku postawiliśmy tuż po godzinie 19. Zaczęliśmy w Sopocie, idąc czarnym szlakiem w stronę Oliwy, a potem miał być freestyle. Trasa przebiegała bardzo przyjemnie, wszystko zgodnie z założeniami. Do czasu. W pewnym momencie Piotr zauważył tuż obok szlaku zwaloną brzozę, a na niej cudną czeczotę. Czeczota to guz drzewny, poszukiwany przez rzeźbiarzy, knifemakerów i innych dendrofili lubiących tworzyć w drewnie. Głównie ze względu na to, że drewno w takim guzie rośnie nieregularnie tworząc niesamowite wzory, a ponadto jest wyjątkowo twarde. Piotr planował wykorzystać ową czeczotę do zrobienia kuksy, tradycyjnego kubka wykonywanego przez Samów – ludność północnej Skandynawii. Szybko się okazało, że oddzielenie jej od drzewa nie będzie wcale takie proste. Finał był  taki, że walczyliśmy z nią w trójkę przy użyciu piły, noży, klinów oraz pobijaka. Po 30 min plecak Piotra był cięższy o piękny kawał brzozowego drewna. A jeśli już mówimy o jego plecaku to należy się wyjaśnienie dla ciekawskich – jest to plecak armii szwajcarskiej sprzed jakichś 70 lat. Całkiem wygodny.

Dalsza część trasy przebiegała przez bardzo malownicze zakątki TPK i była wyznaczana spontanicznie. Posiłkowaliśmy się mapami umieszczonymi na większych skrzyżowaniach szlaków. Przydatne okazało się przytroczenie mapy na zewnątrz plecaka Tomasza dzięki czemu była ona dostępna do szybkich podglądów dla pozostałych piechurów. Dystans jaki pokonaliśmy nie był zbyt duży jednak napotkaliśmy na swej drodze ponad 600m przewyższeń gdzie mieliśmy okazję złapać zadyszkę. Mimo wszystko byliśmy zadowoleni z tempa, ponieważ przekroczyliśmy 6 km/h. Dodatkowym założeniem marszu było przetestowanie nowej aplikacji Nadleśnictwa Gdańsk zawierającej mapy i przydatne informację o TPK. Na chwilę obecną możemy powiedzieć, że appka ma swoje wady i zalety, ale że jest to świeży projekt, to czekamy na rozwój sytuacji.

Tuż po dotarciu na planowane miejsce noclegu w oddali widać było błyski nadchodzącej burzy. Rozstawiliśmy szybki, prosty obóz i przygotowaliśmy się na ulewę chowając sprzęt pod tarpem. Jak prawdziwi ludzie lasu gardzimy zasadami zdrowego odżywiania, więc tuż przed pójściem spać zjedliśmy prawie wszystko co ze sobą przynieśliśmy. Tomasz – liofilizat, Piotr – MRE, a Martyn – bojowy zestaw składający się z konserw i pieczywa. Przed ułożeniem się do snu sprawdziliśmy (na blitzortung.org) jeszcze skalę nadchodzącej burzy jednak okazało się, że już po wszystkim i nie ma się czym martwić. W nocy trochę popadało, silny wiatr też nie odpuszczał, ale ogólnie spało się dobrze.

Poranek jak to bywa w przypadku wypadów w środku tygodnia nie należał do najprzyjemniejszych. Wszystko na szybko. Pobudka, pakowanie i (jak zwykle zresztą) przyprawiający o depresję powrót do cywilizacji.

Zobacz także

Brak komentarzy

Odpowiedz