Fotorelacje

“Na chacie” w Sławutowie

7 listopada 2016

W ostatni weekend naszemu wypadowi w teren nie towarzyszyło ognisku i drzewa nad głowami. Tym razem wyglądało to nieco inaczej, jednak na pewno nie mniej ciekawie. Pojechaliśmy do Sławutowa aby spotkać się z ekipą Kodiak Survival Training i wraz z nimi cofnąć się w czasie…o jakieś 1000 lat.

Nasz wieczór rozpoczęliśmy o 18.00 od prelekcji Jacka Wojtukiewicza na temat ziołolecznictwa. Dowiedzieliśmy się jak wiele z występujących na naszych terenach roślin ma silne działanie lecznicze i jak je stosować. Wykład był połączony z prezentacją wybranych roślin i co najciekawsze – również z degustacją wyrobów Jacka. Mieliśmy okazję próbować naparów z takich roślin jak krwawnik, lipa i żywokost oraz kawy z żołędzi. Z największym entuzjazmem spotkała się jednak degustacja nalewek. Mieliśmy okazję spróbować między innymi nalewki sporządzonej z głogu czy tataraku. Ta ostatnia nie przypadła jednak większości do gustu. Grymasy na naszych twarzach pojawiały się głównie ze względu na to, iż wiele preparatów ziołowych charakteryzowało się bardzo gorzkim, cierpkim smakiem. Jak mówi jednak stare japońskie przysłowie – dobre lekarstwo ma zawsze gorzki smak!

Po zakończeniu wykładu udaliśmy się na teren Osady w Sławutowie w celach integracyjnych. Gwoździem programu miało być leczo (gulasz, bogracz…jak zwał, tak zwał) produkcji Tomasza z Kodiak Survival Training. Oczekiwaniu na gotową potrawę towarzyszyło snucie planów na przyszłość, a także rozmowy na tematy szpeju itp. poprzedzielane toastami. Pojawiły się zarysy pewnych ciekawych akcji, ale na razie nie będziemy zdradzać szczegółów. Kiedy już wieczór był w zaawansowanym stadium padło odpowiednie hasło i wszyscy ruszyli z menażkami i innymi naczyniami do kotła. Jedzenie było cudowne. Kocioł po raz kolejny nas nie zawiódł. Tona emalii oraz 13 litrów pojemności robią robotę!

Najtwardsi z nas wstawali koło 7 i pędzili do pracy, natomiast większość z nas wegetowała jeszcze trochę w śpiworach rozłożeni na ziemi. Kominek już dawno zgasł, słońce nieśmiale zaglądało przez zakurzone szyby. Zarządzone zostało, że pójdziemy przejść się po osadzie. Mimo braku obecnych w sezonie rzemieślników, klimat był niesamowity. Kryte strzechą chaty zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Wykonane zostały z ogromną starannością. Ciekawostką może być fakt iż Marcin, właściciel osady sprowadzał specjalny rodzaj glonów do wypełniania przestrzeni między belkami, z których zbudowane były chaty – wszystko w zgodzie z prawdą historyczną. Najwięcej czasu spędziliśmy obok budynku, przy którym znaleźliśmy ciekawe przedmioty związane z rozpalaniem ognia. Największe zainteresowanie wzbudziło urządzenie, które przez Artura Bokłę, znanego jako Mr. Wilson, nazywane jest bezwładnościową wiertarką ogniową (widoczna na jednym ze zdjęć). W skrócie – jest to rozbudowana wersja świdra ogniowego napędzanego swego rodzaju pompką. Oczywiście zrodził się pomysł żeby któregoś pięknego dnia spróbować odtworzyć takie urządzenie w terenie. Co więcej, na pewno chcemy odwiedzić osadę w sezonie ponieważ z tego co się dowiedzieliśmy to rzemieślnik, który pracuje tam jako “ogniomistrz” jest prawdziwym fachowcem i można się od niego wiele nauczyć.

Po zapoznaniu się z całym terenem osady nadszedł czas na zakończenie wypadu. Tomasz wsiadł do swojej niesamowitej Łady Niva i odjechał. My również zapakowaliśmy się do wozu (niestety nie tak zacnego jak Łada) i wyruszyliśmy w trasę powrotną do Trójmiasta. Nadszedł czas aby powrócić do teraźniejszości.

Zobacz także

Brak komentarzy

Odpowiedz