Fotorelacje

Zimowe obozowanie

8 stycznia 2017

Wczoraj zakończyło się nasze leśne bytowanie w zimowych warunkach. Korzystając ze śnieżnej aury wybraliśmy się do lasu aby spędzić tam dwie noce i dać się trochę pokąsać przez mróz. Na miejsce obozowania wybraliśmy miejsce położone tuż za trójmiastem, ze względu na naprawdę ciekawy, gęsty las mieszany, w którym lubimy przebywać. Tym razem do naszej dwójki dołączył Marcin, doświadczony outdoorowiec, z którym coraz częściej współpracujemy.

Mimo tego, że wypad rozpoczął się w czwartkowe popołudnie to w naszych głowach już kilkanaście godzin wcześniej formułował się jego zarys. Każdy z naszej trójki tworzył w myślach listę szpeju, oraz zastanawiał się w mniejszym lub większym stopniu nad przydatnością niektórych z jego elementów. Każdy z nas miał ekwipunek różniący się kilkoma elementami, dzięki temu dobrze się uzupełnialiśmy i niczego nie brakowało. Przykładem może być duży tarp 4×4 pod którym wspólnie nocowaliśmy, patelnia do porannej jajecznicy czy też termos, który wieczorami dał odrobinę luksusu w postaci kubka gorącej herbaty przed snem czy zaraz po przebudzeniu. Są to drobiazgi, które w znaczący sposób potrafią umilić tego typu wypad.

Czwartkowe popołudnie rozpoczęło się od intensywnego marszu w zalegającym śniegu,  ze sporym obciążeniem na plecach. Już pierwszy odcinek trasy dał się nam we znaki gdy brodząc niekiedy po kolana w białym puchu, musieliśmy dotrzeć do wcześniej wyznaczonego miejsca na mapie. Na szpicę został wyznaczony Tomasz, ponieważ miał on na nogach nowiutkie stuptuty i chcieliśmy dać mu szansę do ich wypróbowania. Wcale nie chodziło o to, że pozostała dwójka nie chciała mieć mokrych spodni czy butów. Nie, nie.

Na kilka minut przed dotarciem na miejsce docelowe zaczął prószyć śnieg, co później przerodziło się w naprawdę poważny opad. Po osiągnięciu celu stwierdziliśmy, że zaczniemy od rozbicia tarpa i zorganizowania noclegu, a dopiero później ogarniemy kwestię ognia. Po znalezieniu kawałka pozornie płaskiej przestrzeni wybraliśmy parę drzew i rozwiesiliśmy tarpa. Od tego momentu zaczęła się weryfikacja zabranego przez nas ekwipunku. Zabranie szpilek do mocowania odciągów okazało się zbędne ponieważ były one za krótkie aby przebić się przez warstwę śniegu i zmarzniętej ściółki. Bez problemu jednak zastąpiliśmy je wystruganymi na prędce śledziami. Następnie każdy z nas rozlokował swoje schronienie pod tarpem na najbliższe dwie noce. Przyszedł więc czas na rozpalenie ognia.

Każdy z nas otrzymał jakieś zadanie. Piotr szukał drobnej, suchej rozpałki, Tomasz zaczął przygotowywać pukle z suchego, żywicznego drewna, a Marcin gromadził grubsze drewno.

Strzałem w dziesiątkę było znalezienie martwego, przechylonego drzewa, które przez to, że nie leżało na ziemi, było bardzo suche. Z jednego drzewa mogliśmy uzyskać więc materiał na podstawę naszego ogniska (aby odizolować je od gruntu), długie szczapki, z których Tomasz przygotował rozpałkę w formie pukli, a także grube, konkretne kawałki drewna. Dzięki dobremu przygotowaniu wszystkich elementów ogniska, wystarczyło kilka pociągnięć noża po krzesiwie, aby zobaczyć płomień.

Wieczór minął nam na budowaniu prostych obozowych krzeseł, naprzemiennym moczeniu i suszeniu ubrań oraz jedzeniu kiełbasy, smalcu i innych wysokotłuszczowych przysmaków każdego mężczyzny. Przed snem uraczyliśmy się łykiem gorącej herbaty z termosu a na zagrychę było kilka kostek czekolady. Pierwsza noc minęła nam w bardzo komfortowych warunkach.

Nad ranem temperatura dochodziła do -10. Tomasz i Piotr, którzy spali w swoich holenderskich norkach nie mieli problemów z marznięciem natomiast kondensacja wewnątrz ich schronień powodowała przymarzanie śpiworów do wnętrza norki. Szybki rekonesans obozowiska pokazał, że mróz dał się we znaki również naszemu ekwipunkowi. Buty, mimo, że były przechowywane wewnątrz norek zamarzły na kość. Skóra zrobiła się sztywna i lodowata. Wszystkie elementy z cordury również były kompletnie sztywne. Mięso pozamarzało, woda również. Wyświetlacze aparatów i telefonów ledwo się odświeżały. Sporym zaskoczeniem były jajka, które mimo, że były pozostawione na ziemi, miały konsystencję gęstego żelu, jednak nie zamarzły.

Poranek poza ciężkim wyjściem z ciepłych śpiworów okazał się bardzo przyjemny. Padający śnieg przez całą noc stworzył nam piękny widok na obozowisko spod uginającego się pod jego naporem tarpa. Następnie powoli zabraliśmy się do obozowych prac przygotowując drewno na opał, rozpałkę oraz menażki do topienia śniegu na herbatę. Ponowne rozpalenia ognia w tych warunkach okazało się stosunkowo łatwe. Wykorzystując metodę batonowania uzyskaliśmy dużą ilość smolnych patyków, które bez problemu złapały iskrę od krzesiwa. Trzeba również zaznaczyć, że taki mróz “wyciąga” z drewna wilgoć i wbrew pozorom jest możliwe znalezienie naprawdę suchego materiału.

Późniejsze czynności niczym nie różniły się od tych w okresie letnim jednak, jak zauważyliśmy, zajmowały dużo więcej czasu. Cały dzień minął nam na zbieraniu drewna, topieniu śniegu oraz jedzeniu chleba ze smalcem na zmianę z boczkiem i kiełbasą. Pod wieczór zabraliśmy się za przygotowanie norek do snu oraz herbaty do termosu. Marcin zamienił składaną butelkę w termofor, co okazało się bardzo przyjemnym rozwiązaniem gdy umieścił ją między swoimi stopami po wejściu do śpiwora. W momencie, gdy kładliśmy się spać nasze zegarki wskazywały -9 stopni. Jest to jednak dolna granica zakresu ich odczytu (max to -10), więc obstawiamy, że było bliżej -15 jak zapowiadały prognozy dla tego obszaru.

Druga noc, która miała być zimniejsza również minęła nam spokojnie i komfortowo. W norce Tomasza zebrało się sporo wilgoci jednak przez to, że jego śpiwór puchowy schowany był wewnątrz syntetycznego, puch pozostał suchy i świetnie spełniał swoje zadanie. Piotr natomiast postanowił włożyć nogi do swojego plecaka dzięki czemu zapobiegł zmarznięciu stóp.

Ostatni dzień minął głównie na ogarnianiu i pakowaniu całego sprzętu, oraz sprzątaniu całego obozowiska. Wyznajemy zasadę, według której powinno zostawiać się miejsce obozowania w takim samym, albo i lepszym stanie jak się je zastało. Gdy już wszystko było spakowane ruszyliśmy w podróż powrotną. Przez kilka kilometrów jakie dzieliły nas od samochodu zastanawialiśmy się w jakim stanie go zastaniemy i czy w ogóle odpali po dwóch dobach spędzonych na srogim mrozie. 13 letni Focus i tym razem nie zawiódł. Pokazał, że twardy z niego zawodnik. Tak jak i my, zimy się nie boi!

 

Film z wypadu:

Zobacz także

Brak komentarzy

Odpowiedz