Filmy

Wypad na bagno

19 kwietnia 2017

Przedświąteczny piątek. Trzeba iść do sklepu, pomóc w przygotowaniu potraw, posprzątać mieszkanie. Jeśli ktoś chce uciec od tego wszystkiego to kierunek jest jeden – las! My skorzystaliśmy z tej właśnie opcji i zabraliśmy czwórkę znajomych aby zaszczepić w nich pasję do tego typu wypadów i przy okazji poćwiczyć takie rzeczy jak używanie krzesiwa, rozstawianie obozowiska itp. Na miejsce noclegu wybraliśmy fantastyczny punkt znajdujący się niedaleko Trójmiasta. Z jednej strony jezioro, z drugiej bagna, a my na swego rodzaju wyspie. Klimat iście skandynawski, po prostu bajka! Po dotarciu do miejsca, gdzie w miarę bezpiecznie mogliśmy porzucić samochody wyruszyliśmy w kilkukilometrowy marsz. Po dotarciu w okolice “wyspy” musieliśmy przebić się przez mocno zalane tereny. Kilkanaście skoków między drzewami i kępami traw i byliśmy na miejscu. Zaczęliśmy oczywiście od rozbicia obozu. W rezultacie przyjęliśmy plan, że Tomasz i Piotr będą spali w hamakach, pod jednym tarpem, trzy osoby pod pałatkami, a jedna w norce. Aby zwiększyć trochę emocje miejsca noclegowe były losowane. W momencie, gdy już całe obozowisko było rozstawione zajęliśmy się zbieraniem drewna oraz rozpałki. W tyle osób zajęło nam to dosłownie chwilę, więc Michał dosyć szybko mógł zająć się rozpalaniem ognia. Poszło mu śpiewająco, jednak drewno w naszej okolicy było mocno wilgotne i musieliśmy trochę powalczyć o ładne, grzejące ognisko. W tym momencie zaczęło się biesiadowanie. Snuliśmy oczywiście plany na kolejne wypady, jedliśmy mięcho i chłonęliśmy energię z otaczającej nas natury. Do tej pory pogoda była idealna. W nocy trochę popadało, ale wszystkie schronienia się spisały i wszyscy spali bardzo komfortowo. Przynajmniej tak mówili. Poranek pierwszy powitał Tomasz. Poszedł on na rekonesans okolicy i przy okazji zebrał materiał do filmu. Po jakimś czasie dołączyłem do niego i zwiększyliśmy zakres poszukiwań fajnych miejsc w okolicy. Jak tylko dotarliśmy do miejsca, w którym chodzi się po mchu jak po wodnym materacu, wiedzieliśmy, że szybko stamtąd nie wrócimy. Skakaliśmy z kępy na kępy zgodnie ze sztuką “kępingu” do momentu aż zgłodnieliśmy i ruszyliśmy do obozu budzić resztę ekipy i robić śniadanie. Stwierdziliśmy, że nie będziemy rozpalać już ogniska, dlatego sięgneliśmy po kuchenkę oraz naszą nową patelnię. Szybkie smażenie boczku, zalewamy całość jajkami i mamy najpyszniejsze danie świata – leśną jajecznicę. Do śniadania serwowaliśmy równie świetną kawę. Istne all inclusive! Po przegryzieniu śniadania kawałkiem czekolady wzięliśmy się za nie do końca lubianą część każdego wypadu – zwijanie obozu. Mokre tarpy wylądowały w pokrowcach, wszystkie śmieci pozbieraliśmy, a następnie zatarliśmy wszelkie ślady naszej obecności. Po kilkukrotnym sprawdzeniu czy nic nie zostawiliśmy ruszyliśmy z powrotem do domu. Przygotowania do świąt można sprytnie ominąć, ale biała sama się nie zje!

Zobacz także

Brak komentarzy

Odpowiedz